
Postrzegałam siebie jako osobę otwartą i pozbawioną uprzedzeń. W procesie terapii zrozumiałam jednak, jak bardzo taką osobą nie byłam. Moja otwartość kończyła się bowiem wraz z odmiennością poglądów drugiej osoby. W mojej głowie powstawały sztuczne podziały i osądy, a serce zamykało się na cztery spusty. Przy wymianie zdań do bójki, co prawda, nie dochodziło, było nawet miło i kulturalnie, ale wiadomo, że rację miałam ja. Wszystko, co było inne, nieuznane przeze mnie wcześniej, było strefą zakazaną, podejrzaną, dziwną, mniej wartościową. Ograniczałam więc swoje wybory jedynie do tego, co było mi znane. Słusznym wyborem było dla mnie najczęściej wszystko to, co racjonalne i namacalne.
Terapia radykalnie nie zmieniła moich poglądów, nie przerzuciła mnie na drugą stronę barykady, tylko tę barykadę zniosła. Stanęłam na równi z drugim człowiekiem i zrozumiałam, jak bardzo siebie zniewoliłam i jak głucha byłam. Zrozumiałam, że mój głos nie jest ani lepszy, ani gorszy. Jest taki sam i tak samo ważny. I paradoksalnie, właśnie to wyjście do nowego i innego, przyniosło poczucie bezpieczeństwa. Wcześniej sądziłam, że pozostanie w skrajnej postawie, jest jego gwarantem. Okazało się, że taka postawa gwarantowała mi jedynie poczucie zagrożenia i wymuszała obrony.
Akceptacja tego, że podążamy różnymi ścieżkami, pozwala na swobodę działania, poszerza możliwości i obszary tworzenia dobrych, często również wspólnych projektów. Myślę sobie, że te ścieżki nie muszą się wykluczać, mogą się łączyć, mogą też pozostać osobnymi, byle zmierzały w dobrym kierunku. No bo przecież jeśli każdy, tak pokornie, bez chęci dominacji i wywierania presji, w otwartości, stanąłby na drodze, tej w dobrym kierunku, to czy miałoby znaczenie, którą ścieżką do niej dotarł?