Zaczęłam dostrzegać, że moje codzienne wybory, drobiazgi, małe rytuały mogą mnie stopniowo wzbogacać lub rujnować. Kiedy zaczynam mieć wątpliwości i trudno mi ocenić, czy są one dla mnie dobre, z pomocą przychodzą pytania. Korzystam z nich również w przypadkach bardziej zawiłych emocjonalnie. Pomagają mi obrać właściwy kurs. Praktyka zadawania pytań pozwala mi zatrzymać się i poczuć, czy nie działam ze szkodą dla siebie. Jeśli tak jest, mogę dzięki nim w porę zmienić kierunek lub wycofać się. Są to proste pytania typu: Czy ja tego chcę? Czy to jest dla mnie dobre? Czy to, co teraz robię, jest w zgodzie ze mną? Są to moje koła ratunkowe. Odpowiedzi przychodzą wraz z czuciem w ciele.

Zawsze, gdy robiłam coś wbrew sobie, boleśnie mnie to doświadczało, a z konsekwencjami moich wyborów nieraz mierzyłam się przez długie lata. Kiedy docierały do mnie szepty intuicji, że popełniam błąd, zagłuszałam je, wybierałam drogi na skróty, udawałam, że tego nie widzę. Zamiast się wycofać, brnęłam dalej, burząc swój dom cegła po cegle. Podejmowałam prowizoryczne działania, że niby coś robię. Właściwie w taki sam sposób, latem (również na niby), myję swoje okna, równocześnie podlewając rośliny wokół domu. Zraszam je wtedy wodą z węża ogrodowego, zmywając powierzchniowy pył i kurz. Udaję, że są umyte, chociaż na szybach nadal widzę smugi i plamy. Może ten przykład nie jest idealny, mi jednak pozwala zauważyć pewne podobieństwa. W obu przypadkach wybór półśrodków, podejmowanie pozornych decyzji i działań jest jedynie zastosowaniem mocnych filtrów.

Chcę o tym pamiętać przy podejmowaniu zarówno złożonych emocjonalnie decyzji, jak i tych prostych, codziennych typu: Spacer czy pół reklamówki słodkości? A tak na serio, zauważam, że choć praktyka zadawania pytań nie zawsze chroni przed błędami, to i tak uszczęśliwia mnie fakt, że popełniam ich już znacznie mniej. Wreszcie, te duże sprawy oparte są na małych, codziennych wyborach. To one będą rzucać cień albo opromieniać moją drogę.

To co? Po jednym pytaniu na start?