
Naszła mnie dzisiaj przy śniadaniu potrzeba zestawienia moich strategii nieuznawania siebie z zabawami i postaciami z bajek. Dlaczego tak? Nie wiem. Być może zupa mleczna miała w tym swój udział. Tak więc w jakie postaci wcielałam/wcielam się i w co się bawiłam/bawię?
Moja pierwsza myśl to zabawa w chowanego. Jedna z ulubionych. Niezastąpiona w sytuacjach, kiedy wstydziłam się tego, co wzrusza, a głosy swojego serca uznawałam za słabość. Powinnam to zdanie napisać również w czasie teraźniejszym. Kiedy natomiast chciałam pozostać bez czucia, byłam robotem albo Królową Śniegu. Ze swoją wrażliwą konstrukcją psychiczną wcielałam się również w He-Mana (kto jeszcze pamięta?), łamane przez Rambo II. Bawiłam się w uczuciowe ciepło-zimno, „raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”, berka, ciuciubabkę i wiele innych.
A jak jest obecnie? Nadal się bawię? Odpowiem uczciwie i prosto: różnie z tym bywa. Świadome i wczesne rozpoznanie pozwala zatrzymać się i zostać z tym, co jest. Ale jest również i tak, że bawię się ze sobą na całego. Chowam się, uciekam, gonię… Tak, jakbym nadal chciała być kimś innym niż jestem. Bardziej odważna, silna, nie taka wrażliwa… I żeby pojawiało się we mnie więcej takich emocji, a mniej takich… I może jeszcze coś…
A przecież obiecałam przyjaźnić się ze sobą. Przyjaciel przyjmuje w całości, ze wszystkimi emocjami. Nie dzieli ich na dobre i złe, lepsze lub gorsze. W przyjaźni nie trzeba nic udawać, niepotrzebne są maski superbohaterów. Mogę być zarazem Smerfem Ciamajdą, Wiedźmą i Prosiaczkiem z Kubusia Puchatka. Mogę odkryć swoją wrażliwość i odważnie zachwycać się jej pięknem, a prawdziwy kumpel nie będzie mnie wtedy wciskał we wdzianko (przykładowo) Wojowniczego Żółwia Ninja. Bo prawdziwy przyjaciel dostrzega supermoc w byciu sobą.