
Temat na dzisiejszą notatkę rozpoczął się od dwóch pytań, które zapisałam na kartce i do których wróciłam po jakimś czasie. Brzmiały one tak: W kontakcie z kim zdradzam siebie? W kontakcie z kim jestem sobą? A potem pojawiły się kolejne pytania. Połączyły się, pomimo że ich źródło wybija być może gdzie indziej. Połączyły się tak, jak łączą się notatki na tej stronie, dając początek nowym. Ten ciąg pytań przywiódł mnie do tego miejsca.
Nie wiedziałam, że bycie miłą ma swoją specjalistyczną nazwę. Na szczęście przyznaję to bez zalewającego mnie poczucia wstydu. Nie pamiętam już, jak trafił do mnie ten psychologiczny termin, którego celowo nie użyję. Niewątpliwie nie bez przyczyny. Ufam również, że we właściwym czasie i, jak zwykle, w punkt. Nadal przecież, i to nierzadko, rozpoznaję w sobie tę miłą, grzeczną dziewczynkę, skłonną do zadowalania. Znając powody swoich reakcji, nazywając stary mechanizm, nie oceniam siebie już tak bezwzględnie. W dalszym ciągu jednak, w różnych okolicznościach, potrafię z siebie rezygnować.
Rozpoznaję też, że biegam jeszcze do niektórych osób, chcąc uzyskać akceptację moich(?) wyborów i planów, zgodę na realizację projektów. Biegnę, chociaż czuję, że to zdradzanie siebie grozi śmiercią już za życia. Zamiast iść dalej, kręcę się w kółko. Tłumaczę się, ulegam, a nieraz zapalam się i tak żarliwie przekonuję do swoich racji, że zaczynam tracić do siebie zaufanie, słabnę i gasnę.
Wczoraj przyszedł do mnie obraz wykarczowanych działek graniczących ze ścianą lasu. Żyjąc na wsi, często przejeżdżam koło takich miejsc. Zauważyłam, że jest to dość częsta praktyka. Ludzie kupują piękne ziemie, chcąc być blisko dzikiej natury, a równocześnie pozbywają się jej atrybutów. Dewastują ją na rzecz powszechnie stosowanych betonowych bloczków. Ten obraz nie pojawił się bez powodu. Dostrzegam w nim analogię do swoich zachowań, reakcji, działań. Pragnę pierwotnej natury, a jednocześnie dewastuję ją „ugrzeczniając się”, czekając na zgody i aprobaty. Wyrąbuję swoje drzewa, a ten cenny surowiec oddaję innym. I nie jest to dar z serca, rozpalający ognisko, które ogrzałoby chętnych, tylko rodzaj wkupnego dla tych, którzy i tak tego nie dostrzegają.
Potrzebuję ponownie (a może tak naprawdę pierwszy raz) uznać w sobie te „ugrzeczniająco-przymilające” reakcje. Poczuć to aż do samych kości. Zobaczyć, że to, co ratowało mnie kiedyś, obecnie bardzo już szkodzi. Czuję, że jeśli mocno nie stanę przy sobie, jeśli nie uczynię pożytku ze złości, nie jako siły niszczycielskiej, tylko ochronnego talizmanu, to do reszty wytnę swoje drzewa. A wtedy będę mogła już tylko siedzieć na preferowanych przez większość ludzi betonowych bloczkach i patrzeć z tęsknotą na drzewa, które tak pięknie rosną na sąsiedniej działce. Miła dziewczynka nie przetrwa przecież sama wśród dzikiej natury. Świadoma, ufająca sobie kobieta może natomiast na jej ziemiach zbudować swój dom.